• Prom "Motława" w dniach 16-17 sierpnia 2022 r. nie kursuje. Za utrudnienia przepraszamy
• Oddział Żuraw pozostaje zamknięty dla zwiedzających w związku z prowadzonymi pracami remontowymi - przeczytaj

Maciej Maksymowicz. 4 lipca 1975 – 3 grudnia 2021

Dopiero co premierę miała wirtualna wystawa „Polskie wybrzeże w okresie międzywojennym na archiwalnych zdjęciach i pocztówkach”, której autorem koncepcji i scenariusza był Maciek Maksymowicz, kierownik Działu Dokumentacji Naukowej. Jeszcze farbą drukarską pachną egzemplarze katalogu tej wystawy, na którym mu zależało, bo „Fajnie będzie mieć książkę ze swoim nazwiskiem na okładce”. Wystawa miała trwać zaledwie trzy miesiące, do końca grudnia. Jednak ta efemeryda przeżyła swojego twórcę. Maciej, od prawie dwóch tygodni hospitalizowany, odszedł 3 grudnia. Tak trudno nam, po tych wszystkich latach wspólnej pracy (a było ich prawie trzynaście) myśleć o nim w czasie przeszłym…

Maciej był dla nas przykładem osoby potrafiącej idealnie zbalansować życie zawodowe i prywatne. Intensywna praca – a po niej równie intensywny odpoczynek z rodziną, z żoną Moniką i synem Jankiem. Uwielbiał aktywne spędzanie czasu, na biegówkach, desce windsurfingowej, rowerze, kajaku – po pracy, ale przede wszystkim w weekendy. Akumulatory ładował podczas wyjazdów, czy to w ukochane od dzieciństwa Bory Tucholskie, czy dalej, urlopowo, w Alpy. Zawsze z rodziną. Po powrocie pokazywał współpracownikom filmiki nakręcone podczas tych sportowych aktywności. W ostatnich latach ich głównym bohaterem był Janek, bez strachu mknący rowerem po leśnych ścieżkach. To o nim często rozmawiał z innymi muzealnymi ojcami, wymieniając się obserwacjami na temat rozwoju małych chłopców i różnorodnymi doświadczeniami, choćby na temat rozmiarów kamizelek ratunkowych dla dzieci. Dla wszystkich było oczywiste, że Jasiek jest jego oczkiem w głowie. Słuchając niechcący telefonicznych rozmów z nim (niezapomniane „Synu, ojciec mówi”), byliśmy pod wrażeniem, jak cierpliwie potrafił wysłuchiwać dziecięcych relacji z arcyważnych wydarzeń.

Troska o rodzinę w żadnym wypadku nie kolidowała z zaangażowaniem w pracę. W przestrzeni dzielonego biura łatwo skupiał się nad swoimi zadaniami, ze słuchawkami z ulubioną muzyką w uszach. Szybko i sprawnie pracował nad wystawami czy publikacjami – poza wspomnianą wyżej wystawą w Internecie współtworzył też wystawę „Puck 10 lutego 1920 oczami świadków” wraz z katalogiem, pisał artykuły do muzealnych wydawnictw rocznicowych i biuletynu informacyjnego, przygotowywał referaty na konferencje i sympozja, m.in. dotyczące historii „Sołdka”.

Odpowiadając na setki kwerend, cierpliwie udzielał informacji, bezwzględnie uprzejmy nawet wobec wyjątkowo „oryginalnych” rozmówców. Był niezwykle pomocny podczas prac nad wystawami czy artykułami. Bez problemów udostępniał zbiory Działu Dokumentacji, a skany zdjęć przekazywał niemal od ręki, co było szczególnie ważne, gdy pracowaliśmy pod dużą presją czasu. Gdy trzeba było z jakichś względów poczekać na udostępnienie źródła, stres oczekiwania łagodził żartem: „Sprawa jest w załatwianiu. W poważnej instytucji trzeba czekać”.

Jego życzliwość nie ograniczała się tylko do koleżeństwa z pracy. W uprzejmy, umiejętny i bezpośredni sposób rozmawiał z ludźmi „z zewnątrz”. Może dlatego udawało mu się pozyskiwać wiele cennych dokumentów? Na komisjach zakupów zawsze miał coś ciekawego do zaprezentowania. Opowiadał nie tylko o archiwaliach, ale również o kulisach ich pozyskania, które czasami były zabawne, a czasami skomplikowane. Zupełnie jak on sam.

Pod powłoką zabawnego i wyluzowanego gościa kryła się wcale nieprosta osobowość. Jakby coś w środku cały czas bulgotało. Wesoły, ironiczny, sarkastyczny, introwertyczny, cyniczny, wrażliwy, gadatliwy, milczący. Wszystko robił po swojemu. Nie był skłonny do pytania o rady, niespecjalnie też przejmował się cudzymi opiniami. Z uwagą śledził wydarzenia na świecie. Wyciągane z tej obserwacji wnioski były jak najbardziej indywidualne – niezależne od oficjalnego przekazu czy dominującej narracji. Oryginalne poglądy stawały się czasem zarzewiem gorących dyskusji, w których zmuszał adwersarza do operowania konkretami, a nie pustymi frazesami.

Żył zachłannie, jakby wiedział, że ma mało czasu. Jeszcze w czwartek myśleliśmy, że najgorsze już za nim. Odetchnęliśmy z ulgą. A w piątek rano…  Maciek, tego się ludziom nie robi. Nie robi się Monice, nie robi się Jankowi. Ani nam.